Standby, Me, Argentina

50274355_10218244114397960_3941494970757677056_n-COLLAGEPonad 35 tysięcy kilometrów.

Dziesięć połączeń lotniczych, trudne do zliczenia busy i autobusy, taksówki i ubery, łódka, kolej parowa, pociąg w chmurach, a do tego miliony kroczków przez sześć argentyńskich prowincji.

Lost: telefon
Found: koniec świata, dni pełne światła, widoki, których piękna nawet najlepsze fotografie nie są w stanie oddać, dziesiątki doznań smakowych i rozmowy pod-różne.

Ponad trzy tygodnie w wymarzonej Argentynie. Naszkicowany plan, głowa pełna wyobrażeń, lekki reisefieber bliższy ekscytacji aniżeli beztroskiej euforii. Kilka pierwszych dni w towarzystwie, ale przez większość pobytu sama sobie sterem, żeglarzem, okrętem.

 

Złe dobrego początki

Na lotnisku wita nas ulewa. A więc to jest tutejsze wilgotne lato? Składam pierwsze zdania po hiszpańsku. Mijamy mało urokliwe przedmieścia Buenos Aires. Niebo z wolna zaczyna się przejaśniać, a centrum miasta, gdzie jest nasz hostel wygląda bardziej dostojnie. Zostawiamy bagaże i idziemy poznać miasto. Zaspokajamy pierwszy głód empanadas, później rozsiadamy się w Petit Colon – stylowej restauracji gdzie doskonały stek i super dobre, a zarazem niedrogie wino, wprawiają nas w stan błogiego zadowolenia z własnego żywota. Uśmiechów nie ma końca! 24 godziny temu byłyśmy w szarej, mroźnej Europie.

Sielanka kończy się nagle, kiedy na jednej z głównych ulic dyskretnie podjeżdża do mnie korpulentny Latynos na skuterze i wyrywa z ręki telefon – cyfrowe centrum dowodzenia trzytygodniowej podróży.
Ja w krzyk, kumpela w szoku, facet już dwa skrzyżowania dalej. Kilku przechodniów pyta co się stało, zawiadamiają policję, ta zjawia się niemalże natychmiast.
Jedziemy na komisariat, składam zeznanie. Akcja idzie tak wartko, że mam przebłyski nadziei na odzyskanie mojej własności. Z każdą chwilą docierają do mnie kolejne implikacje związane z utratą urządzenia – zdjęć, aplikacji mających ułatwić bądź umilić pobyt w Argentynie. Racjonalizuję, że przecież mogło być znacznie gorzej. Włos z głowy mi nie spadł, że kradzież torby byłaby gorsza, że utrata telefonu u krańca podróży byłaby dotkliwsza, bo przecież miałabym tam gigabajty zdjęć.   

Odtwarzam i mielę w głowie przebieg wydarzeń, który bez elementu zaskoczenia stawia mnie niemalże w roli Strażnika Teksasu albo całej Drużyny A w jednej osobie, łamiącej nos przestępcy, a następnie obnażającej szajkę drobnych złodziejaszków miasta stołecznego Buenos Aires.

W nie takim znowu boskim Buenos, spędzamy kolejne 4 dni. Ja mam lekką paranoję i lustruję przechodniów. Obawiam się, że narobię sobie odcisków od kurczowego dzierżenia torby. Kumpela traktuje mnie z wyrozumiałością i troską. Do łask wraca papierowa mapa, bo na digitalizacji wszystkiego, włącznie z przewodnikiem, póki co wyszłam średnio dobrze.

Niedzielny poranek spędzamy w dzielnicy San Telmo pełnej uroczych knajpek, placyków, na których rozbrzmiewa muzyka, a tancerze prezentują fikuśne choreografie. Zawinięcie nogi tak, aby piętą klepnąć się w łopatkę wydaje się dziecinnie proste, zastanawiam się czemu nie robię tego regularnie po przebudzeniu. Takie tango!

 

San Telmo co niedzielę zmienia się  w dzielnicowy targ wszystkiego. Kolorowe stragany rozkwitają po 11 rano i znaleźć na nich można kwintesencję sztuki i argentyńskiego rękodzieła. Zdobione skórą stojaki na butelki, kieliszki, czarki, kolorowe syfony, wszelkie utensylia do popijania yerba mate. Poncza, swetry i skarpety z wełny alpak, lam i wikunii (a z nieba żar), wszelkiej maści wyroby ze skór, płyty, stare aparaty, kolorowe tabliczki, magnesy, tekstylia i co tylko wyobraźnia ludzka zdołała wyprodukować i wystawić na sprzedaż.

Z San Telmo pieszo idziemy do dzielnicy La Boca. Na mapie zupełnie niedaleko, przebieramy nogami bez końca. Starannie zdobione kamienice ustępują miejsca wpierw blokowiskom, żeby za chwilę zmienić się w niską zabudowę, lokalne slumsy. Właśnie przypominam sobie, że miałam się tam nie zapuszczać. Z paranoją, kołataniem serca, suchością w gardle i mieniem w komplecie, docieramy do celu, słynnej ulicy portowej – Caminito – zbudowanej i zasiedlonej niegdyś przez włoskich imigrantów. Bodajże najbarwniejszej i jednej z najtłoczniejszych w całym mieście. Zanim pójdziemy dalej i będziemy radośnie cykać foteczki, robimy przystanek w knajpie na rogu. Patrzymy na kukły Maradony, Evity i Carlosa Gardela, zawodzi śpiewak, kelner z lekka nas ignoruje. Na stole ląduje schłodzona butelka Patagonii i jest nam już wszystko jedno. Ignor na ignora.

aDSC_8703aDSC_8664aDSC_8695aDSC_8697aDSC_8676

Fiesta

Kolejne dwa dni to Sylwester i Nowy Rok.

W okolicy najszerszej ulicy świata  – 9 de Julio, dzień przed sylwestrem roi się od barierek i toi-toiów. Szykuje się impreza masowa. Pytamy więc lokalsa, czy to fiesta czy raczej jakiś bieg. Cieszę się, kiedy potwierdza, że “fiesta, bardzo duża fiesta”. To znaczy, że impreza przychodzi do nas, prawie pod same drzwi, a ewentualna akcja ucieczka będzie szybka i mało skomplikowana.

Tymczasem nazajutrz niespodzianka: tysiące spoconych ciał biegusiem, w samym sercu Buenos polewa tamtejszy bombero. Fieste trzeba jednak znaleźć gdzieś indziej.  

aDSC_8729

Przyziemne życie Buenos na kilka godzin przed wieczorem sylwestrowym zamiera i budzi się dopiero późnym popołudniem następnego dnia. Próżno szukać jedzenia, otwartych restauracji, aż do 2 stycznia zamykane są ogrody, parki i stadiony. Mimo najszczerszych chęci nie pozwiedzasz.

Ostatni wieczór roku spędzamy zatem wyczekując sztucznych ogni w Puerto Madero, ekskluzywnej dzielnicy miasta. Knajpy wypchane po brzegi, bulwary przy rzece z każdą minutą zapełniają się tłumem z kraju i ze świata, wyczekujących na pirotechniczne popisy. Własne lodówki i głośniki z latynoską nutą nakręcają imprezę.  Odliczanie, zupełnie przeciętne fajerwerki, wszechobecne Feliz Ano Nuevo i tak lądujemy w roku 2019!

Do końca pobytu w stolicy, nie udaje mi się odzyskać do niej zaufania. Wyjeżdżam z poczuciem ulgi. Tu rozchodzą się drogi moje i Werki, ja lecę na koniec świata ona wraca do Polski. Nie zdążyłam wyjść z hotelu, a już zbratałam się z parą Włochów i razem jedziemy na lotnisko. Wymieniamy się doświadczeniami, porównujemy plany podróży i zazdrościmy ich sobie nawzajem. Na lotnisku poznaję Ilonę, Niemkę z okolic Frankfurtu. Wspólnych tematów mamy masę więc zakoleżankowujemy się natychmiast. Okazuje się, że część naszej podróży się pokrywa zarówno jeśli chodzi o daty jak i destynacje. Postanawiamy więc połączyć podróżnicze siły na czas pobytu w Ushuai, El Calafate i jeśli dalej nie zdążymy się znudzić swoim towarzystwem, także w Salcie.

aDSC_8472

Innego końca świata nie będzie

Ushuaia zachwyca mnie od pierwszego wejrzenia, a właściwie jeszcze zanim zdążyłam postawić stopę na tamtejszym gruncie. Góry, jeziora, bajeczne kolory, Kanał Beagle oddzielający Argentynę od Chile. Tu zielone wzgórze, tam ośnieżony szczyt. Nie miałabym nic przeciwko gdybyśmy mogli krążyć nad Ziemią Ognistą jeszcze kilka godzin. W tym wypadku głód przegrywa z zaspokojoną potrzebą niezmąconego piękna. To, co Matka Natura zgotowała na końcu świata to jakiś totalny kosmossss. Stąd już tylko rzut beretem do Antarktydy.

49896504_1944631405831996_2028500564135903232_n49783361_1944631432498660_2198201636898209792_n49393518_1944631612498642_1259411761262493696_n51272930_1958728834422253_166204432512450560_o

 

Ponieważ Ushuaia jest jednym z miejsc “naj”, a mianowicie najdalej wysuniętym na południe miastem świata, jest też nie lada atrakcją dla obieżyświatów zewsząd.

Nie ma korków ani tłumu na ulicach, jednak to senne miasteczko, z silnym smaczkiem krańcowości, pełne jest gospód i hoteli, a loty i autobusy wypełnione na kilka dni do przodu.

Pikanterii mojemu wyjazdowi dodaje fakt, że jako pracownik linii lotniczych, podróżuje niedrogo ale z lekko ryzykanckim swądem. Będzie miejsce w samolocie to polecę, a jak nie to poczekam, aż kiedyś będzie. Tak więc wszelki dobytek w postaci plecaka dużego i małego staram się mieć zawsze przy sobie. Nie mam też planu działania wykutego w kamieniu i wszelkie atrakcje wybieram dopiero na miejscu, co zresztą w Argentynie zawsze wychodzi z korzyścią finansową. Widząc prawie dwukrotną różnicę w cenie, w szale organizuję sobie całodniową wycieczkę nad Jezioro Escondido i Jezioro Fagnano, do Parku Narodowego Tierra del Fuego, gdzie zobaczę koniec sławetnej “Panamericany” i przejadę się zrekonstruowaną koleją parową, jak niegdyś więźniowie i zesłańcy. Na ostatni dzień planuje rejs katamaranem przez Beagle Chanel, a tam aż roi się od uchatek, lwów morskich iiiii pingwinów.  

Aura pokazuje całe spektrum swoich humorów. Jeziora podziwiam w deszczu, po południu wybieram się na trekking na lodowiec w pełnym słońcu, a rejs jest odwołany
z powodu wiatru. Uchatki mają wolne.  

Okutana w dwie bluzy, sztormiak, wełnianą czapę i szalik, z rozdziawioną buzią przyglądam się wystawom sklepowym gdzie eksponują szorty, koszule we flamingi
i sukienki na ramiączkach. O dysonansie! 
Ot tutejsze summer in the city…

Następnego dnia mam w planach lot do El Calafate. W głowie ukocił się już awaryjny plan B i C ale szczęśliwie dostaję miejsce w samolocie i klamka zapadła: Laguna Esmeralda, Kanał Beagle i pingwiny zostają na następny raz, bo takowy będzie na pewno.

49616277_10218098624320799_26890562606989312_o49635936_10218110995190063_808936916740210688_n49900174_1944090982552705_2137425315629105152_n

Kraina Lodu

Po scenerii wokół Ushuaii, jestem delikatnie mówiąc rozpuszczona i tego samego spodziewam się kiedy podchodzimy do lądowania w El Calafate. Niestety nie tym razem. Jest płasko i pusto. Jedynym urozmaiceniem jest turkusowy kolor wód pobliskich rzek i Lago Argentino. Dla mnie toooo… mało!

W El Calafate niewiele jest, ale oszałamiające lodowce w niedalekiej odległości wystarczyły, żeby ta mała mieścina rozrosła się na potrzeby obsługi ruchu turystycznego. Ciągnąca się kilometrami Avenida del Libertador jest epicentrum biur podróży, restauracji i sklepów z bibelotami, pamiątkami i odzieżą trekkingową.

Park Narodowy Los Glacieros znajduje się 50 km na Zachód od El Calafate. Z długiej na 400km czapy lodowej Południowego Lądolodu Patagonii spływają dziesiątki lodowców, będące trzecim rezerwuarem wody słodkiej na Ziemi.
Perito Moreno, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO, ma 258 km2 i około 30 km długości. Lodowiec posuwa się powoli do przodu i w końcu odetnie Brazo Rico i Brazo Sur od reszty Lago Argentino.
Nacisk wody na lodową przegrodę stopniowo się zwiększa i co trzy lata ściana lodu wali się gwałtownie i cały cykl powtarza się ponownie.

Wystarczająca zachęta dla przyjezdnych z całego świata, a dodatkowo infrastruktura pozwala na truptanie dookoła, przepłynięcie łódką w pobliżu, można także pokusić się o kilkugodzinny trekking na lodzie.

Uzupełnieniem albo alternatywą dla rozsławionego Perito Moreno są lodowce Upsala i Spegazzini  na odległym północno zachodnim krańcu Lago Argentino.49444819_1945108652450938_6431822489080299520_naDSC_9346aDSC_9236aDSC_9264aDSC_9292aDSC_9311aDSC_9338aDSC_930949464883_1945108345784302_370190854809190400_naDSC_9269aDSC_9350aDSC_9327Z El Calafate postanawiam jechać do mekki piechurów i wspinaczy, do małego miasteczka El Chalten. 3 godziny jazdy, dookoła pustka, gdzieniegdzie pasące się strusie i guanako, nagle na horyzoncie pojawia się jego wysokość Fitz Roy. Achom i ochom nie było końca. El Chalten skradło moje serce.

Dojeżdżamy do granicy Parku Narodowego i wszyscy musimy wyjść bo czeka nas obowiązkowa pogadanka ze strażnikiem parku.
Wywód dla osób anglojęzycznych zaczyna się od słów:  “I don’t speak english very good…” Apodyktyczny ton, formy bezokolicznikowe, maksimum treści bez użycia gramatyki i uśmiech Top Gun’a sprawia, że słucham jak zahipnotyzowana. „Jak zobaczycie pumę to nie uciekać i nie odwracać się, a jak będzie agresywna to należy jeszcze podnieść ramiona i krzyczeć”. On mówi, a ja to wszystko widzę.
Na koniec przekazuje prognozę pogody na najbliższe dni i sugeruje jak rozłożyć sobie plan trekkingu. Pełna powaga i respekt, wszak góry, lodowce i pumy to nie przelewki.

Porzucam plecaki i korzystając z długiego dnia, jeszcze tego samego popołudnia wybywam na szlak Los Condores. Nazwa nie jest przypadkowa, bowiem z punktu widokowego rotacza się widok na to cudowne miasteczko, w oddali zza chmur wynurza się dostojny Fitz Roy, a nad głową pikują kondory.

W tym momencie wypełnia mnie samo dobro i kocham moje życie bez reszty.    

aDSC_9518aDSC_9497aDSC_9484aDSC_9430aDSC_9452aDSC_9435aDSC_9508

Szlak i Aga. Kto (na) kogo trafi?

Ponieważ dzień wcześniej wprawiłam się w dobry nastrój, pokonując szlak szybciej niż podano, na Fitz Roy’a ruszam z poczuciem, że jestem trochę Wandą Rutkiewicz.
Ubrana na cebulkę, z zapasem żarełka, wszelkim posiadanym sprzętem foto pędzę przed siebie, bo na popołudnie prognozy nie są wybitnie optymistyczne. Zresztą Fitz Roy jest królem niepogody. Strażnik sugerował tę trasę dzień później, ale tak się składa, że mam wtedy inne plany ekspansji terytorialnej.
Bez brawury postanawiam, że idę, ale jeśli pogoda zmusi mnie do wcześniejszego powrotu zachowam się rozsądnie.    

49741309_1946083362353467_220629588072464384_naDSC_9528aDSC_9587aDSC_9603

Całkowite przewyższenie na szlaku to jedynie 750 metrów, jego długość to 10km w jedną stronę, na trasie jeziora, kempingi, punkty widokowe. Wodę można czerpać i pić prosto z rzek bez uprzedniego uzdatniania. Na szlaku nie ma ani jednego ogryzka, skórki po bananie ani pół śmiecia. Niebieskie niebo, lekka bryza. Tak wyobrażam sobie raj. Chwilo trwaj.
9 pierwszych kilometrów pokonuję niemalże w podskokach. Potem pojawiają się ostrzeżenia, że sielanka się skończyła i od samej świadomości łapie mnie zadyszka. Ludzi  kordon. Wszyscy wiemy, że będzie warto, sapiemy ale i tak jesteśmy super szczęśliwi. Moim oczom ukazuje się najpiękniejszy widok wszech czasów. Zmieniam front i chwilowo myślę, że jednak jestem bardziej górska niż morska.

DSC_959549492187_1946083572353446_2921707861664858112_naDSC_9604aDSC_9618aDSC_9616aDSC_959351513476_1959570187671451_9017307447387226112_o

Chwila przerwy technicznej, czas na medytację (choć tu akurat każdy krok na szlaku był medytacją) i świadoma wielkiej czarnej chmury nade mną postanawiam schodzić. Kolana się trzęsą, ziemia osuwa, schodzenie sucks! Żmudny kilometr za mną, po słońcu nie ma śladu, zrywa się wiatr, z nieba spadają zimne białe stożki. Taka lokalna, andyjska wersja śniegu, nie jakieś finezyjne śnieżynki, że co jedna to inna.

Szlak jest pusty, nie wiem gdzie wessało pozostałych piechurów. Postanawiam pilnować szlaku i nie rozglądać się za pumą. Zapominam o galarecie zamiast kolan, wydłużam krok i docieram na dół znacznie wcześniej niż przewidują oznaczenia. Mission completed z wielką radością.

W drodze    

Nazajutrz żegnam się z Patagonią i lecę na Północ Argentyny, do Mendozy. To stąd pochodzą wyśmienite wina, to tu lądują zapaleńcy marzący o zdobyciu Aconcagui, to tu można szukać śladów Imperium Inków. To tu uzupełniam zapas czerwonych krwinek i wypełniam zmarszczki winem i najlepszą wołowiną.

Przedostanie się z El Chalten do Mendozy, a właściwie Maipu gdzie zostaje kilka dni, nie jest jakąś bułką z masłem.
Bladym świtem truptam na dworzec, 2,5 godziny spędzam w autobusie na lotnisko w El Calafate, tu uśmiecham się najszerzej jak potrafię, żeby dostać miejsce w samolocie, bo obłożenie 100%. Cudem dostaję miejsce w tzw kitchen class, na jump seacie z tyłu w samolocie i dosłownie mówiąc, poznaje realia pracy latynoskich kolegów… od kuchni.

Przesiadam się w Buenos, obok mnie siada gadatliwy Włoch, który za cel stawia sobie przedstawienie mi znojów życia na emigracji przez ostatnie dwie dekady. Otwiera mi oczy na problemy społeczno ekonomiczne widziane oczyma Europejczyka.

Na lotnisku w Mendozie czeka na mnie Martin, który jak na tamtejsze standardy językowe, mógłby robić doktorat z angielskiego. Gadamy więc o historii, klimacie, życiu w Patagonii i jak to na najbardziej hulaszne lata swojego życia został unicestwiony w Ushuai. Tym razem współczesne problemy społeczno ekonomiczne poznaje z punktu widzenia Argentyńczyka.

Martin chyba lubi siebie w wersji przewodnika lokalsa, bo cały pobyt stara się mi umilić, zapraszając to na wino, to na konie albo chociaż na kawę. Rozważam, ale widząc, że do zakochania jeden krok, zapobiegawczo odmawiam.

W zdrowym ciele zdrowy duch   

aDSC_9675aDSC_9641aDSC_9669aDSC_9667aDSC_9678aDSC_9679aDSC_9683

Winnicy w Maipu nie chce mi się opuszczać ani na chwilę. Delektuję się byciem. Przechadzam się między rzędami dojrzewających winogron, patrzę jak jeden z pracowników przycina pędy, rozmawiam z właścicielem z takim zainteresowaniem tak jakbym po powrocie do Polski miała natychmiast zakładać swoją własną winnicę.

Co wieczór zajadam się lokalnymi specjałami, czyli mięskiem i popijam winem domowej produkcji. Kucharzowi daje wszystkie gwiazdki Michelina, za smak dań, sposób serwowania i pasję z jaką gotuje. Profeska na całego!

Następnym przystankiem jest hostel w centrum Mendozy. O ile samo miasto, czwarte co do wielkości w Argentynie (po Buenos Aires, Cordobie i Rosario) mnie nie zachwyciło, o tyle jest doskonałą bazą wypadową w wysokie Andy, do okolicznych winnic, wód termalnych. Zajęcie dla siebie znajdą też miłośnicy adrenaliny – okolica słynie z raftingu, paralotniarstwa i jazdy konnej.

Hostel stał się kursem gotowania w wersji bardzo podstawowej, ale za to z solidną degustacją. Kilka razy w tygodniu cała międzynarodowa drużyna imprezuje i składa się na mięso i trunki. Na rożen trafiają kiełbasy, kaszanki, steki, żeberka, poskręcane kiszki. Wołowinki, wieprzowinki, baraninki od sprawdzonego dostawcy. Mistrz ceremonii przez ponad 3 godziny dogląda, przewraca, pilnuje ognia, soli, doprawia, na koniec, kiedy już gotowe, nagrodzony gromkimi brawami, ściąga z rożna kolejne sztuki mięsa krojąc i puszczając w obieg deskę, z której można spróbować absolutnie wszystkiego. Wspólna biesiada, rozmowy z mieszkańcami z całego świata kończą się nad ranem. Nie jedz po 18 mówili…

Postanawiam wynagrodzić mojemu ciału, wszystko co mu ostatnio zgotowałam – różnice ciśnień, wysokości, dwa plecaki i jedzenie po nocach. Jadę do okolicznego SPA potaplać się w wodach termalnych. Dzień jest pochmurny i rześki więc temperatura wody 40- 50′ będzie w sam raz. Na dzień dobry dostaję szlafrok i opaskę na rękę, która ma oznaczać ni mniej ni więcej, jak to, że mogę łazić absolutnie wszędzie i korzystać z czego tylko zapragnę. Baseny termalne i hotelowe, opieka tamtejszych masażystów i rehabilitantów, terapia błotna, sauny, groty skalne, zdrowy bufet, świeże owocki. A wszystko w otoczeniu Andów i wijącej się obok rzeki Mendozy. Borę z wdzięcznością całe to dobrodziejstwo obfitości. Czuje się jakbym znalazła się na planie zdjęciowym filmu o pięknych i bogatych.

Choroba wysokościowa czy turystyka masowa, czyli co odczuje bardziej dotkliwie?

Z Mendozy organizuję sobie wycieczkę w wysokie Andy. Bus podjeżdża pod kolejne hotele i zgarnia  turystów. Takich busików są dziesiątki, a może nawet i setki. Tracę entuzjazm kiedy zatrzymujemy się strzelić fotę i zaraz pędzimy dalej. Dostaję skrętu szyi od obracania się na prawo i lewo bo pejzaże cudowne – tu jezioro, tam wulkan, gdzieś dalej kanion, a w dole meandrująca rzeka.

Hugo – nasz przewodnik memła liście koki, te podobno mają niwelować objawy choroby wysokościowej, przyda się bo docelowo będziemy na wysokości 3850 m n. p.m. W ręku trzyma yerba mate, w drugiej termos, z którego co rusz dolewa sobie więcej. O ile w Patagonii obecność yerba mate nie rzucała się w oczy o tyle w okolicy Mendozy, termos pod pachą jest bardziej powszechny od torebki. Na postojach większa kolejka po świeży zapas wrzątku aniżeli do toalety. Dla mnie spoko.

Postoje są świetnie przemyślane, w sam raz żeby zostawić gdzieniegdzie parę pesos, jeden bus odjeżdża, zaraz jego miejsce zajmuje kolejny. Z kolejnej strony pokonujemy tego dnia setki kilometrów wzdłuż i kilka wzwyż, więc może nie ma na co narzekać.

aDSC_9700aDSC_9705aDSC_9695aDSC_9737

Robimy postój w Punto del Inca, przechodzimy przez stragany z rękodziełem, czas na serię zdjęć i jedziemy dalej. Hugo buduje napięcie i nagle z za zakrętu wyłania się matka gór obydwóch amerykańskich kontynentów – Aconcagua. Foteczka, było łał, kilku niepokornych śmiałków wspina się dalej  niż można, pakujemy zgraje i jedziemy dalej.

Następny punkt Christo Redemptor de los Andes na granicy chilijsko-argentyńskiej. Wyobrażam sobie pomnik z rozpostartymi ramionami jak w Rio, ale tak naprawdę to sceneria jaka wiedzie do pomnika jest ucieleśnieniem boskości. Przestrzeń aż po horyzont, góry, śnieg, skały, bezkres.

aDSC_9772aDSC_9829aDSC_9834aDSC_9840aDSC_9822aDSC_9817aDSC_9809aDSC_9799

Bardzo silny wiatr, zrobienie kroku meczy, jest uczucie lekkiego zawrotu głowy, taki tam delikatny rauszyk wysokościowy. Bałam się, że będą palpitacje i bezdech. W ostatecznym rozrachunku to masowa turystyka zmęczyła mnie bardziej.

W chmurach

Czas pobytu w prowincji Mendoza był totalną sielanką, odsapnięciem od wysiłku fizycznego i czasem spędzonym ze sobą.

W Salcie moje drogi znowu zbiegają się z planem podróży Ilony, znajomej z Niemiec. Postanawiamy mieszkać w jej hotelu, tak raźniej, zabawniej i taniej.
Jak się okazuje, jest też tak jakby luksusowo, bo mieszkamy w hotelu 5*. Zastanawiam się czy teraz to dalej ja, znowu Wanda Rutkiewicz, czy teraz już Nikodem Dyzma. Szybko okazuje się, że i w luksusie radzę sobie doskonale. Mniej dobrze idzie mi z przestrzenią miejska Salty. Mimo, że ulice są pod kątem prostym, mimo że w środku wielki plac, a widok z okna hotelu jak z wieży ratuszowej, gubię się w tym mieście co chwile. Ludzi dużo, siąpi deszcz, a ja właśnie na tą część podróży zabrałam letni outfit bo temperatury miały dochodzić do 40’. Z Salty już zupełnie niedaleko do granicy z Boliwią, nieopodal Zwrotnik Koziorożca i prawdziwe tropiki.

Jestem dodatkowo lekko poddenerwowana, bo następnego dnia czeka mnie przygoda, przygoda! Jedyna atrakcja, która zarezerwowałam będąc jeszcze w Polsce, żeby się przypadkiem nie rozmyślić – pociąg w chmurach, ponoć najniebezpieczniejszy szlak kolejowy na świecie. Obecnie działa jedynie z myślą o turystach i to nie na całym odcinku, bowiem stopniowo jest remontowany.

Rano okazuje się, że wycieczka, którą kupiłam odbywa się jedynie w języku hiszpańskim. Tylko i wyłącznie. Przez pierwszą godzinę wytężam słuch i rozum, potem się poddaję, nie wiem już czy przewodnik mówi o kaktusach, rowerach czy katastrofach naturalnych. Spać się nie da, słuchać już nie mam siły. Podchodzę do niego na pierwszym postoju i wyrażam swoje głębokie niezadowolenie. Od tej pory, w każdej przerwie, nie odstępuje mnie na krok i streszcza to co mówił przez ostatnią godzinę. Pięknie się urządziłam, od teraz błagalnym wzrokiem proszę o chwilę spokoju i przepustkę  do toalety.

aDSC_9865aDSC_9871aDSC_9899aDSC_9896aDSC_9902aDSC_9966aDSC_9967aDSC_9915aDSC_9959aDSC_9963

Po kilku godzinach w autobusie dojeżdżamy do miejscowości San Antonio de los Cobres położonej na wysokości 3775 m n.p.m. Żar leje się z nieba, tak jak kilka godzin temu w Salcie, z ołowianych chmur lały się strugi deszczu. Różnica wynosi jakieś 2500 metrów, tak więc chmury deszczowe zostawiliśmy dawno w dole, jedynie nieliczne cirrusy – chmury piętra wysokiego, dodają scenerii jeszcze bardziej impresjonistycznego charakteru.      

Na stacji trochę kiermaszowo. Ktoś trzyma lame na sznurku, gotową do pozowania do zdjęć, dalej stoisko konfekcji z wełny, handel obnośny breloków, drobnicy i lokalnych przekąsek. Żadna z tych atrakcji do mnie nie przemawia, koncentruje się na tym, gdzie wsiąść do pociągu i dlaczego moje nogi są jak z gumy. To jedyna reakcja na wysokość póki co, nie boli mnie głowa, nie brakuje mi tlenu, ale ciałko jakby lekko otumanione, nie do końca władne, z ubytkiem energii. W pociągu, między wagonami, punkty medyczne a w nich między innymi butle tlenowe, tak więc pierwszy rekonesans każe mi wierzyć, że jestem pod dobrymi skrzydłami i w razie potrzeby pomoc jest na wyciągnięcie ręki.     

W środku pociąg nówka sztuka, TLK mogłoby się wiele nauczyć. Tempo nie jest zatrważające, ale to nawet i lepiej. Mijamy na przemian skały, półpustynie, widok na okoliczne doliny i nieczynne kopalnie. Krajobraz księżycowy. Maksymalnie dojeżdżamy na wysokość 4220 m n.p.m.  

aDSC_0018aDSC_9977aDSC_9972aDSC_0047aDSC_0021aDSC_0023

Każdy wagon ma swojego opiekuna, który to chętnie odpowie na wszelkie pytania, zaprowadzi do lokalnego ambulatorium i otworzy zassane okno. Bo przecież chętnie ryzykuję drugim telefonem, wystawiając rękę najdalej jak mogę, żeby tylko mieć względnie dobre zdjęcie.

Z głośnika leci wykład popularno naukowy na temat okolicznych formacji roślinnych i skalnych, naturalnie po hiszpańsku. Tylko podstawowe informacje są przekazywane w wersji anglojęzycznej. Podróż pociągiem trwa jakieś 3 godziny. Kiedy zbliżamy się do spektakularnego wiaduktu, zamiast głosu edukacji pojawia się nuta Enio Morricone z Misji. Ściska mnie w gardle, a jakże. Powietrze jest aż gęste od patosu.

50067362_10218205836321032_5282728466054119424_n51112564_1957668314528305_8350727560975351808_n49949388_10218205839401109_2791962882542141440_naDSC_0065aDSC_0031aDSC_0027

Salta i Jujuy

aDSC_0104aDSC_0199aDSC_0149

W prowincjach Salta i Jujuy fascynuje mnie przede wszystkim odmienność od reszty kraju. Pod każdym względem. Miasta różnią się architekturą, dominuje inna kuchnia i słynne empanadas salteñas, inne są zwyczaje, ubiór, a nawet ludzka anatomia.

Mój nastrój też jest lekko odmienny i zaczyna docierać do mnie, że niebawem wracam do Polski.

W Argentynie wszystko jest daleko od siebie, nawet jeśli jakieś miasto jest bazą wypadową to i tak trzeba liczyć na dojazd kolejne 2-3 godziny w autobusie. Dlatego na pobyt w Salcie planujemy jeszcze jedna wycieczkę, choć można by conajmniej ze trzy. Ale jeden dzień chcemy spędzić szwendając się po miasteczku gdzie nas oczy i nogi poniosą. Wszystko też jest uzależnione od pogody, bo wiadomo, że prawidłowość jest taka: im bardziej będzie deszczowo, tym szybciej wrócimy do hotelowego spa.

Najpierw trafiamy do domu kultury, tam wystawa szopek bożonarodzeniowych z całego świata (ciągle brak szopki z PL, ktokolwiek zechce zrobić i wysłać do Argentyny, poszukam namiarów). Ile rejonów świata tyle interpretacji narodzin Jezusa, ile dostępnych materiałów, tyle inwencji twórczej. Tak więc są szopki z gliny, drewna, papieru, pestek i liści.
W innej sali dziki tłum i pokaz tango.
Przed muzeum na placu 9 de Julio (dzień niepodległości Argentyny) pokazy tańca, tradycyjne stroje, muzyka i gauczański przytup.
Zahaczamy o katedrę, bowiem religijność w tej części kraju jest znacznie powszechniejsza, niż wszędzie do tej pory, kościoły, monumenty, sklepy z dewocjonaliami są na każdym kroku.

Później po raz pierwszy na argentyńskiej ziemi kieruje swoje kroki do muzeum poświęconego historii i tradycji Inków. Jeśli ktoś myśli, że przegwizdane być młodym i pięknym, to podstawy takiego podejścia sięgają Imperium Inkaskiego. Tam najładniejsze dziecię ze wsi było poświęcane w ofierze, najpierw upajane alkoholem robionym z kukurydzy, a później grzebane żywcem. W muzeum trzy takie mumie dziecięce. Mam ciary na samo wspomnienie i cieszę się, że nie jestem małą śliczną Inką.

Żeby dobowa ilość kroczków się zgadzała idziemy na wzgórze San Bernardo. Jakieś bagatela 800 schodów, zielono dookoła, na koniec spektakularna panorama miasta i okolicy. Na wzgórze można dostać się kolejką linową i z niej właśnie korzystamy, żeby wrócić do centrum miasta.

aDSC_0211aDSC_0208aDSC_0159-2aDSC_0155

Prowincja Jujuy (o wdzięcznej wymowie Huhuj) ostatnia na mojej trasie, znajduje się przy samej granicy z Boliwią. Jadę tam po to, żeby zobaczyć kolorową dolinę Quebrada de Humahuaca. Od 2003 roku wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. W dolinie leży miasto Humahuaca, od którego nazwano cały wąwóz, kiedyś była to ważna stacja kolejowa w drodze do Boliwii, teraz magnetyczną atrakcją są kolorowe formacje skalne. Przy okazji jedziemy przez miejscowość Purmamarca, gdzie na głównym placu rozkwita ogromny targ tekstyliów i rękodzieła, a w tle osławione Wzgórze Siedmiu Kolorów.

aDSC_0526aDSC_0249aDSC_0238aDSC_0237aDSC_0272aDSC_0289aDSC_0274aDSC_0363

Na koniec mijamy magiczną granicę – Zwrotnik Koziorożca. Cieszę się ogromnie, to nie jest tylko kolejna linia na globusie, to naprawdę frajda dla dyplomowanej geografki. Według teorii to tu zaczyna się strefa tropikalna. W praktyce przekroczenie tej magicznej linii skutkuje ulewą.

aDSC_0500aDSC_0470

Z dwojga złego: bać się czy się nie bać, wybieram to drugie

Z Salty lecę do Buenos. Pojawiła się w głowie myśl, żeby zmienić lot powrotny do Polski na dobę wcześniej i z lotniska krajowego zamiast do centrum, jechać prosto na lotnisko międzynarodowe, unikając konfrontacji z Buenos Aires. Ostatecznie postanawiam nic nie zmieniać, ba odważnie iść na pożegnalny spacer z miastem. Dostaje nagrodę od losu czyli bezpośrednie potwierdzenie, że decyzja była słuszna, kiedy lot jest o dwie godziny opóźniony, więc nie zdążyłabym na przesiadkę. Hotel, w którym zostaje w BA jest śliczny, jedyny mankament, że zaledwie przecznicę od ulicy, na której mnie opędzlowano pierwszego dnia. Bang, bang! Od swoich strachów nie uciekniesz.

Z minimum dobytku i czujnością szpiega z krainy deszczowców, wychodzę na ostatnią argentyńską ucztę w sprawdzonej restauracji – kieruje swoje kroki do Petit Colon. Zupełnie tak jak trzy tygodnie wcześniej. Nie mam nic do roboty, nikogo do towarzystwa, więc przyglądam się ludziom, budynkom, swoim strachom i wiem, że moja przygoda z Buenos i z Argentyną to ciągle otwarty rozdział.   

Mistrz planu bez planu

Taki tytuł nadałam sobie samozwańczo. Podczas 3 tygodni zupełnie straciłam rachubę dni tygodnia, ale nigdy jaki jest dzień miesiąca.

Kilka lat temu byłoby dla mnie zupełnie niewyobrażalne, jechać samej na inny kontynent, mając niepotwierdzony lot powrotny i parę krajowych równie niepewnych. Mając kilka rezerwacji noclegów, ale też świadomość, że mogę tam wcale nie dotrzeć. Kilka lat temu wiozłabym ze sobą ze dwa kilo makulatury w postaci przewodników i papierowych potwierdzeń absolutnie wszystkiego. Swoiste travel light – czyli teraz pewniaków mam niewiele, a to co mam, mam w telefonie… Nawet ultra light kiedy tracę telefon.
Znam takich, którzy do perfekcji opanowali wyjazdowego excela, ja mam wyświechtaną kartkę wydartą z kalendarza, a tam cały mizerny zarys.  W bagażu mam absolutne minimum i jednocześnie jestem przygotowana na kilka stref klimatycznych i różne przypadłości. Wszystko (z wyjątkiem leków) miało zastosowanie.
Nieskromnie powiem, że mam też świetną intuicję. Niestety nie mam orientacji w terenie, ale za to umiem czytać mapy. Nie mam ciała top model, ale nigdy mnie nie zawiodło, ani na dystansie, ani na wysokości.

Miałam bardzo ambitny plan na wyjazd, żeby pisać, relacjonować i wrzucać efekty w cyberprzestrzeń i plan się częściowo posypał, ograniczając obecność w mediach społecznościowych do nieinwazyjnego dla mnie wymiaru.

Byłam kiedyś maniakiem kontrolowania, a obecnie czerpie nieskrywaną radość z dostosowywania się do warunków.
Dowiedzione w Argentynie: umiem i uwielbiam odpuszczać!

Zrzut ekranu 2019-02-04 o 23.27.17


Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s